 |
Lotem koszącym Trzy słowa
o przewidywaniu ziemskiej pogody na podstawie obserwacji fluktuacji jasności Proximy Centauri
Romuald Pawlak
I. Tako rzecze Kłapouch
Niewiele rzeczy potrafi mnie tak zirytować, jak zgodny, ponuro wieszczący chór, w którym wyraźnie da się zaobserwować solistę i resztę. Owa resztówka, w przeciwieństwie do solisty - który może i ma coś swojego do wyśpiewania - najczęściej stara się tylko umiejętnie wpisać w tonację, aby nie zepsuć utworu dysonansem.
Taka sytuacja zdarzyła się w kwestii załogowych lotów kosmicznych. Niemal wszyscy wieszczą ostateczny krach tego przedsięwzięcia, a już kiedy Rosja zapowiedziała wycofanie się z finansowania Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, wielkim chórem podniosły się głosy, że w ogóle nie ma żadnych powodów, by wysyłać ludzi nawet na niskie orbity, lepiej przeznaczyć pieniążki na głodujące dzieci.
Nic nie mam przeciw dokarmianiu głodujących, byle nie wspierać w ten sposób dyktatorów i ich kumpli usytuowanych przy korycie. Ale kto będzie serwisował piekielnie drogie satelity telekomunikacyjne?! Ci biedacy z brazylijskich faweli? Modląc się intensywnie?
Media - a w każdym razie zdecydowana ich większość, jak myślę - mają wrodzoną skłonność do niefrasobliwego obchodzenia się z faktami oraz rzadki dar wyciągania z prawdziwych faktów (w przeciwieństwie do tzw. faktów medialnych) dziwacznych wniosków. A to one, media, kształtują w naszych głowach obraz rzeczywistości. I tu jest pies pogrzebany, jedna z przyczyn wrażenia, że nastąpił Ostateczny Krach Fabryki Marzeń. Chyba każdy przyzna, że media żyją głównie teraźniejszością, chwilą. A skoro w tej chwili nie da się zaobserwować takiej dynamiki, a zwłaszcza spektakularnych osiągnięć, jak w ubiegłych dekadach, wyciągany jest prosty wniosek, że nastąpił regres, a krach jest bliski. Czasem ktoś jeszcze mądrze doda: a po co ludzie mieliby w ogóle latać w kosmos. I tak daleko zwykle sięga głębia rozważań. Zaiste, istny to Rów Mariański refleksji nad tematem. Gdyby taki redaktor jeden z drugim oderwał głowę od klawiatury komputera, wiele ciekawego mógłby zobaczyć na niebie. Choćby wspomniane powyżej satelity.
Mediów czepiam się zresztą mniej niż niektórych naukowców i popularyzatorów nauki. Dziennikarze bowiem mogą (i chyba nawet muszą) być wyczuleni, uwarunkowani na sprawy bieżące. Ale od luminarzy myśli należałoby oczekiwać czegoś więcej niż prognoz w rodzaju tej, jaką wygłosił Kłapouch: - I tak się nie uda.
II. Nie mamy armat, sire!
Powie ktoś, że broniąc przyszłości załogowych lotów nieprzytomnie bredzę, bo przecież są jakieś prognozy, instrumenty przewidywania przyszłości, śledzenie trendów etc. I skoro jest tak, że nie chcemy latać, to nie będziemy (poza niskimi orbitami). Ale w tym właśnie rzecz: wszelkie prognozy obarczone są tym samym, ale za to bardzo istotnym błędem - nie mogą się oderwać od swojego czasu i rzeczywistości. Istnieje przykładów na kopy, że takie przewidywania są mniej warte niż papier, na którym zostały wydrukowane. W najlepszej intencji, przez najtęższe umysły, takie zgadywanki były już robione - i właściwie wszystkie okazały się nietrafne. To znaczy, na tysiąc szczegółowych typów kilka-kilkanaście jest prawidłowych - ale to żadna sztuka, bo jeśli ja stanę pośrodku ulicy i zacznę wieszczyć niby Pytia, też mam spore szanse, że coś się sprawdzi. To po prostu wynik w granicach błędu statystycznego.
Przyszłości przewidzieć się nie da. Niektórzy radykałowie twierdzą nawet, że przewidzieć nie da się nawet przeszłości, a cóż dopiero mówić o czasach jeszcze nie nadeszłych... Trendy potrafią się gwałtownie załamać, stare i odrzucone powrócić w nowym kształcie - tak to jest.
Stąd nie ma sensu wyliczać np. kosztów transportu, ani wartości jakichś surowców za ileś tam lat. No bo jak wyliczyć koszt wyniesienia kilograma ładunku na niską orbitę przy pomocy załogowego statku - dziś jest to jakieś 20 000$ - jeśli zmieni się taka drobna rzecz, jak częstotliwość startów? To właśnie dotknęło wahadłowce - miało być taniej, ale przy założeniu startów, o ile mnie pamięć nie myli, niemal co tydzień. I mniej pracochłonnym, ergo: tańszym serwisowaniu tych pojazdów. I plany wzięły w łeb, a wahadłowce z dzisiejszej perspektywy wyglądają na bardzo ładne, ale mało sensownie wykorzystywane zabawki. Dziś więc wynoszenie ładunków przy pomocy np. rakiet Ariane jest dużo tańsze. Ale jutro? Jeśli okaże się, że ludzka obsługa nie kosztuje wiele drożej?
Kolejną rzeczą, która w takich rozważaniach mocno mnie irytuje, jest założenie, że jakieś surowce są tanie i nie warto po nie lecieć, albo drogie, i wtedy kto wie?, może i należy się pofatygować... Ludzie, wystarczy jedna krótka wojna, albo nawet jej groźba, wypadnięcie jakiegoś dużego złoża ze strefy kontrolowanej twardą łapą jakiegoś producenta, aby takie szacunki wzięły w łeb. Kto to przewidzi na 30-50 lat w przyszłość? Ponadto, surowce kopalne - a ja podejrzewam, że długo jeszcze będziemy na nich bazować - mają to do siebie, że nieubłaganie się wyczerpują, a w miarę rozwoju danego państwa czy innej wielkiej struktury, zapotrzebowanie na nie wzrasta.
Jeśli więc ktoś uważa, że nie będziemy korzystać ze złóż surowców zlokalizowanych poza Ziemią, niech sobie przypomni najpierw plan wykorzystywania planetoid, a potem obejrzy pierwszego "Obcego". Załoga "Nostromo" wiozła na Ziemię właśnie surowce. I to, prędzej czy później, będzie jeden z ważniejszych powodów ruszenia czterech liter z Ziemi. I to poza orbitę Ziemi.
III. Czy Kolumb w ciemię był bity, czy nie?
Tego, że nie tylko prymitywna i brutalna ekonomia jest ważnym czynnikiem przy podejmowaniu takich decyzji, dowodzi nieśmiertelny przykład Kolumba. Jego wyprawa była ryzykancka do bólu. W gruncie rzeczy była hazardem, w którym na jednej z szal było życie garstki marynarzy, z drugiej - jedna na milion szansa, że odkryją bogactwa, dające im szansę na nowe życie.
Czy Kolumb nie widział takiej szansy? Widział (jak wielu odkrywców przed nim i po nim). Czy wiedział zarazem, jak marna jest to szansa? A jakże, lektura jego dzienników dowodzi, że realnie liczył się ze śmiercią.
I tu dochodzimy do sedna: zanim pojawi się rzetelna ekonomia, wyliczalna co do centa, wcześniej prowadzony jest ekonomiczny hazard. Rzecz jasna, nie powinien w nim uczestniczyć kompletny szaleniec. Niemniej, nie powinien też to być urzędnik potrzebujący gwarancji rządowych, twardych papierów na sukces. Bo wtedy najczęściej nie tylko sukcesu, ale i szansy na niego - nie ma.
Gdyby więc traktować wyprawy załogowe jak przedsięwzięcie czysto ekonomiczne, nie polecielibyśmy nigdzie. Nie tylko na Księżyc, ale i na orbitę wokółziemską. A czemu miałyby służyć sondy kosmiczne w rodzaju "Voyagera"? Płynących z tych przedsięwzięć póki co nie da się przeliczyć na dolary, i długo jeszcze tak pozostanie.
Najpierw trzeba zaryzykować, a potem liczyć na szczęśliwy traf albo inny sposób odzyskania pieniędzy i osiągnięcie ewentualnego zysku.
IV. Biały rasizm
Ponadto, z dzisiejszej perspektywy, do lotów załogowych przygotowani są właściwie tylko Amerykanie oraz Rosjanie. W obu krajach panuje kosmiczny kryzys. Ale do bram raju stukają Chińczycy. Podobno Japonia się przymierza. Kto wie, może i ta Unia, co to kiedyś chciała Hermesa zbudować (odpowiednik amerykańskiego wahadłowca)? No i pozostają Indie, które też w perspektywie dekady mają szansę na własny program kosmiczny. Panie i panowie, wyścig dopiero się zaczyna.
W tym rzecz, że załogowe loty kosmiczne zawsze pełniły rolę jak najbardziej polityczną. I dziś, mówiąc, że nikt już z powodów politycznych nie wyśle astronautów w przestrzeń, mówi się co najwyżej o Amerykanach. Że Rosja traktuje rzecz politycznie, łatwo było się można przekonać, kiedy ich jedyna stacja orbitalna, Mir, lądowała w Pacyfiku. Iluż Rosjan protestowało, słusznie uważając, że oto Rosja doznaje uszczerbku na honorze? Podobnie teraz, kiedy wstrzymuje się z finansowaniem MSK. A wieść gminna niesie, że dwa rosyjskie wahadłowce, Burany, zostały wydobyte z hangarów i odkurzone.
To właśnie względy prestiżowe, polityczne mogą pchnąć nowe kraje do pojawienia się na orbicie lub dalej. Weźmy choćby takie Chiny. A co zrobią Amerykanie, kiedy im Chińczycy pomachają czerwonym sztandarem przed oczyma? Odpuszczą sprawę? Kto w takie bajki uwierzy? Tak naprawdę, od identycznego pomachania sztandarem, też czerwonym, tyle tylko, że z sierpem i młotem zamiast pięciu gwiazdek, zaczął się cały ten kosmiczny wyścig, który skończył się wielkimi technicznymi triumfami. I odejście od polityki - jeśli w ogóle nastąpiło - jest co najwyżej chwilowe.
I jeszcze jedno w kwestii polityki: że łatwiej dokonać spektakularnego wyczynu technicznego i duchowo nakarmić swój naród, niż zapewnić mu prawdziwy, przyziemny dobrobyt, przekonują przykłady Rosji kiedyś, a Indii (na razie poniżej orbity) i Chin obecnie. Nie zabraknie więc chętnych do tego wyścigu, mimo że nie jest on tani.
V. JKM "Przypadek"
Wreszcie, te ponure założenia, jakoby era lotów kosmicznych dobiegała końca, oparte są na jeszcze jednej niezmiennej: że nie pojawi się poważny naukowy powód, aby ludzka obecność w przestrzeni kosmicznej czy na powierzchni innych planet stała się niezbędna. A wystarczy choćby jedna skamieniała bakteria na Marsie, żeby prędzej czy później pojawił się tam ziemski naukowiec. Bo maszyny fajne są i basta, tyle, że zatrważająco głupie. To, co dla człowieka oczywiste, dla nich jest nie do pojęcia, lub wymaga długiego szeregu wyjaśnień. A już zdążyliśmy się przekonać, że nie wszystko da się zrobić przy wykorzystaniu maszyn.
Tak więc wystarczy jeden przypadek, jakieś odkrycie, dziś nie do przewidzenia, aby wyścig do gwiazd ruszył z wielką siłą - podobnie jak taki sam przypadek może sprawić, że wiele następnych pokoleń na gwiazdy będzie spoglądać z trwogą.
VI. Czas, dajcie mi więcej czasu
Tu już nie będzie o mediach. Znów za to wrócę do Kolumba. Dlaczego oczekujemy, że dynamika wypraw załogowych zawsze musi być taka sama? Spójrzmy na rzeczonego odkrywcę: pierwsza wyprawa i odkrycie Ameryki w roku 1492. Cortes podbija Meksyk trzydzieści lat później. Pizarro dokonuje konkwisty na kontynencie południowoamerykańskim po kolejnych dziesięciu latach. Podbój obu Ameryk trwa jeszcze co najmniej wiek, a niektóre tereny bronią się do XIX wieku. A wszystko to o rzut beretem od siedzib zdobywców, skala problemów jest nieporównanie mniejsza niż ta, jakie trzeba pokonać, aby opanować przestrzeń kosmiczną w skali, chociażby, Układu Słonecznego.
Kluczowym czynnikiem jest więc czas potrzebny na przetrawienie pierwszych sukcesów, raczej odkrywczych niż ekonomicznych (Kolumb ze swoich wypraw przywiózł śmiesznie mało złota) i przekucie ich w coś trwałego. To zawsze trwa długo. Czy będzie to upowszechnienie samochodu, telefonu, komputera czy opanowanie przestworzy, zawsze trzeba patrzeć na to jak na proces trwający dekady.
Dlaczego więc uznajemy, że ten prawdopodobny moment zmiany orientacji z czysto zdobywczej na bardziej ekonomiczno-poznawczą jest w istocie upadkiem? To tylko zmiana, i chyba na lepsze.
VII. Zdanko o narzędziu
Gdyby patrzeć na zagadnienie wyłącznie od strony ekonomicznej, niczym na krótkoterminową lokatę, los załogowych lotów kosmicznych nie wydaje się specjalnie interesujący. Ale, jak próbowałem dowieść, jest to chybotliwe założenie, oparte na dzisiejszym punkcie widzenia, i to dosyć wybiórczo potraktowanym, bo właściwie wyłącznie ekonomicznym, podczas kiedy załogowe loty kosmiczne z czystą ekonomią mają mniej wspólnego, niż się z pozoru wydaje.
Jest takie ładne powiedzenie: jak masz narzędzie, zastosowania się znajdą. A my mamy narzędzia. Bądźcie więc spokojni o załogowe loty kosmiczne.
Jesteś za? Jesteś przeciw? Ten felieton może stać się początkiem dyskusji - wystarczy, że zechcesz się w nią włączyć, śląc maila na adres:
romekpawlak-at-magazyn-dot-pl
Obowiązuje tylko jedna zasada: twój argument pojawi się - obojętnie, jesteś za czy przeciw - jeśli będzie merytoryczny. Obiecuję nie stosować żadnej cenzury, poza wycinaniem ewidentnych dłużyzn oraz wpisów w rodzaju "Krzychu tu był".
Może wspólnie stoczymy ciekawą dyskusję? Wszystko w twoich rękach. Albo raczej klawiaturze.
Romuald Pawlak
Magazyn Fantastycznie! nr 10/2002
www.sf.magazyn.pl
|
|
|
W numerze bieżącym:
|
Kiedy nikt podnosi głowę... Krążyły o tej książce legendy...Romuald Pawlak, 07/2003
Tancerze na wojnie Władcy zajęci niekończącą się wojną...Adam Kucharski, 07/2003
Konkurencja dla Alicji? Skojarzenia z "Alicją w Krainie Czarów" wydają się być tu na miejscu...Adam Kucharski, 07/2003
Szybowanie nad Ziemią Zbiór opowiadań dziejących się między Pierwszym a Siódmym Niebem...Adam Kucharski, 07/2003
Niebezpieczne miasta Trzy teksty zasługują na to, aby je szczególnie wyróżnić...Romuald Pawlak, 07/2003
Drzwi do lata Jest wątek sensacyjny, są pościgi, afery...Małgorzata Wilk, 07/2003
Obiecujący debiut Zachwyciła mnie życiowość tej książki...Marek Pawelec, 07/2003
Tysiąc sto pięćdziesiąty cykl model piętnasty Fantasy lubi cykleEwa Pawelec, 07/2003
Daktyloskopia Podchodziłem do tej książki jak pies do jeża...Adam Kucharski, 07/2003
Zdrada, klony, namiętności Nie jest książką pełną dynamicznej akcji...Marek Pawelec, 07/2003
Jabłkowy sad Dzieje się równolegle w trzech rzeczywistościach...Adam Kucharski, 07/2003
|
W poprzednich numerach:
| |
|
|